Japońskie zamki, 5 drewnianych twierdz, które robią niesamowite wrażenie
Japońskie zamki wyglądają jak coś z bajki.
Białe ściany, wielopiętrowe dachy zawinięte ku górze, drewniane belki które mają kilkaset lat. Stoją na wzgórzach, nad rzekami, na wyspach. I kiedy pierwszy raz stajesz przed takim zamkiem, czujesz że jesteś w zupełnie innym świecie niż ten, który znasz z europejskich podręczników historii.
Bo japońskie zamki są inne. Nie z kamienia na kamień jak Wawel czy Malbork. Z drewna, wapna i czasu. I właśnie to drewno, stare, ciemne, wysłużone sprawia, że mają w sobie coś czego europejskie fortece nie mają. Ciepło. I ciszę.
Byłam przy wielu japońskich zamkach. Wiele z nich z nich opisałam w serii Kolory Japonii. . Oto one.
Zamek Kumamoto, ten który podnosi się z gruzów
Trzęsienie ziemi w 2016 roku poważnie uszkodziło zamek Kumamoto. Część murów się obsunęła, część wież runęła. Japończycy zabrali się do odbudowy metodycznie — kawałek po kawałku, detal po detalu. Kiedy tam byłam, prace trwały i można je było obserwować z wyznaczonych punktów widokowych. To była jedna z tych lekcji Japonii której nie nauczysz się z żadnego przewodnika, że podnoszenie się po stracie jest tu czymś zupełnie naturalnym.
I potem, 28 lipca 2026 roku, kiedy prace renowacyjne po tamtym trzęsieniu były już prawie zakończone, ziemia zadrżała znowu. Fragment muru XVII-wiecznego zamku runął po raz drugi w tym wieku. Magnitudę oszacowano na 7,1. Miejscowi nazywają zamek „symbolem prefektury Kumamoto” i teraz znów będą go odbudowywać.
Jest w tym coś głęboko japońskiego. Nie poddać się. Nie zostawić w gruzach. Zacząć od nowa, po raz trzeci jeśli trzeba.
I właśnie dlatego warto go odwiedzić. Nie pomimo zniszczeń, ale przez nie. Turystyka to jeden z niewielu konkretnych sposobów w jaki możemy wesprzeć odbudowę: wstęp do zamku i okolicznych atrakcji zasila lokalną gospodarkę, która po kolejnym trzęsieniu potrzebuje tego wsparcia.
Jest też powód głębszy i trudniejszy do wypowiedzenia: Japonia leży w Pacyficznym Pierścieniu Ognia. Nikt nie wie które trzęsienie okaże się tym ostatnim dla konkretnego miejsca. Kumamoto już dwa razy straciło zamek i dwa razy go odbudowało, ale nie ma gwarancji że historia pozwoli na trzeci raz. Czasem warto pojechać teraz, nie za pięć lat,
Tu stan na rok 2021.
Zamek Matsuyama, najlepiej zachowany w całej Japonii
Matsuyama na wyspie Sikoku to jedyny oryginalny zamek trzypiętrowy który przetrwał do dziś bez przebudowy. Stoi wysoko na wzgórzu, dojeżdża się kolejką linową, i ta kolejka to już pierwsza atrakcja, zanim jeszcze wejdziesz do środka. Widok na miasto który otwiera się podczas zjazdu i wjazdu jest wart biletu sam w sobie.
Na szczycie czeka widok z murów który zapiera dech. Matsuyama rozłożone u stóp wzgórza, morze w oddali, góry dookoła. To jeden z tych kadrów który zostaje w głowie długo po powrocie.
W środku drewniane schody są tak strome że trzeba się trzymać poręczy obiema rękami. Deski skrzypią. Belki są czarne od wieków. Ale to nie jest puste muzeum z kilkoma tabliczkami – ekspozycja jest naprawdę bogata, zbroje, broń, przedmioty codziennego użytku samurajów, dokumenty. Można spędzić tu dobrą godzinę i wciąż mieć poczucie że się coś przeoczyło.
Jedną z największych niespodzianek są okulary VR, zakładasz je i przenosisz się w czasie, widzisz zamek i jego otoczenie tak jak wyglądały kilkaset lat temu. Przy tak dobrze zachowanym oryginalnym wnętrzu to doświadczenie robi szczególnie mocne wrażenie. Rzeczywistość i rekonstrukcja nakładają się na siebie w bardzo namacalny sposób.
To nie jest zamek który ogląda się z zewnątrz i idzie dalej. Matsuyama to budynek który żyje w środku.
Zamek Matsue, zamek na jeziorze
Matsue to jeden z moich ulubionych. Stoi nad jeziorem Shinji, otoczony fosą. Wieczorem kiedy zachodzi słońce i woda odbija ciemny kształt zamku, trudno uwierzyć że to nie jest obraz.
W środku jest czarny, dosłownie. Zewnętrzne ściany są pomalowane na czarno, co jest rzadkością wśród japońskich zamków. Stąd nazywany jest Zamkiem Czapli Czarnej. Charakter zupełnie inny niż białe zamki z południa.
W okolicach Matsue warto zatrzymać się dłużej, miasto jest spokojne, mało turystyczne, z pięknymi ogrodami i jedną z najlepszych herbat matcha w Japonii.
Zamek w Hiroszimie, symbol odbudowy
Zamek w Hiroszimie zniszczono w 1945 roku. Obecny budynek jest rekonstrukcją, więc purystom może nie robić wrażenia. Ale dla mnie ma wartość której nie można przeoczyć. Stoi kilkanaście minut drogi od Kopuły Bomby Atomowej i Parku Pokoju.
Zestawienie tych dwóch miejsc, ruin których nie odbudowano celowo jako pomnika i zamku który odbudowano bo tak zdecydowała ludność miasta, mówi bardzo dużo o tym jak Japończycy radzą sobie z pamięcią i stratą.
Sam zamek nie jest duży, ale wart odwiedzenia z kilku powodów. W środku można przymierzyć kimono — co przy zamkowych wnętrzach jako tle robi zupełnie inne wrażenie niż w turystycznych wypożyczalniach przy świątyniach. Widok z góry na rzekę Ota jest urzekający. Spokojna woda, zieleń, miasto w oddali.
Wokół zamku rozciąga się park z uroczą świątynią, jedno z tych miejsc gdzie można usiąść, odetchnąć i pozwolić żeby Hiroszima jako miasto dotarła do ciebie w całości. Nie tylko jako historia którą znasz z podręczników, ale jako żywe, piękne miejsce które wybrało życie.
Zamek w Iwakuni, przy Moście Kintai
Iwakuni to miasteczko które większość podróżnych nie odwiedza, a jak już to na w pół godziny. Patrzy na słynny Most Kintai o pięciu łukach i jedzie dalej. Błąd.
Zamek stoi na wzgórzu nad mostem i dostaje się tam kolejką. Widok z góry, most, rzeka, miasto, góry jest jednym z tych widoków które fotografujesz i wiesz że żadne zdjęcie tego nie odda.
Wzdłuż rzeki rosną wiśnie. Wiosną kiedy zakwitają i ich odbicie miesza się z odbiciem mostu w wodzie, Iwakuni robi się miejscem niemal nierealnym. Jesienią dzieje się coś innego, światło jest miękkie, złote, leży na wodzie w sposób który sprawia, że chcesz tu zostać dłużej niż planowałaś.
A potem zejdź z zamku i zjedz coś czego nie znajdziesz nigdzie indziej na świecie.
Iwakuni-zushi – zwane też tonosama-zushi, czyli sushi lorda to lokalna specjalność wprost z czasów feudalnych. Pochodzi z okresu Edo, kiedy Iwakuni kwitło jako miasto zamkowe klanu Kikkawa, i podobno było ulubionym daniem samego lorda. Wygląda jak tort – gruby, kwadratowy plaster z dużego prasowanego bloku, warstwami ryżu i nadzienia krojonego w poprzek tak że widać każdą warstwę z boku. W środku ryż i nadzienie warstwami: cienki omlet, grzyby shiitake, słynny lotos z Iwakuni i świeża ryba z Morza Wewnętrznego. Nie ma drugiego takiego sushi w Japonii.
Iwakuni jako całość: most, zamek, rzeka z sakurami, sushi lorda to jedno z tych miejsc które odwiedzasz, bo masz po drodze i zostajesz dłużej niż planowałaś.
Więc odwiedzając Hiroszimę, odwiedź i Iwakuni!
Japońskie zamki to nie tylko historia. To architektura, filozofia i coś czego nie umiem nazwać po polsku, poczucie że materiały z których zostały zbudowane mają swoją godność. Drewno które nie jest pomalowane żeby wyglądało młodziej. Kamień który nie udaje marmuru. Czas który nie jest ukrywany ale celebrowany.
O japońskiej architekturze drewnianej i o tym dlaczego Japończycy pozwalają materiałom się starzeć piszę więcej w serii Kolory Japonii szczególnie w tomie Brąz. Jeśli ta estetyka cię wciąga, to właśnie tam ją znajdziesz w całości.
Zobacz również
Czy jesteśmy teraz w Japonii bezpieczni ?
23 kwietnia 2021
Świąteczna Japonia
15 grudnia 2021