Work Love Travel

Kiedy dni stają się szare.. czyli trudne początki delegacyjnego życia..

Delegacyjne życie nie jest proste. Początki takiego życia są jeszcze trudniejsze. Musisz na nowo poukładać swój świat. Do tego przychodzi mnóstwo niewiadomych..

Moje życie delegacyjne zaczęło się bardzo optymistycznie i pięknie w Szwajcarii.. Pisałam o tym TUTAJ. Później było kilka delegacji w Niemczech, podczas, których dowiedziałam się , że nie zawsze jest tak różowo..

W delegacji z dnia na dzień zostajesz sama.. Sama ze sobą i własnymi myślami.. Dla mnie w tamtym czasie to nie było proste, bo w mojej głowie kłębiło się mnóstwo niepotrzebnych myśli..
W ciągu naszego życia mamy tak wiele rozpraszaczy i odciągaczy uwagi, że nie mamy kiedy zająć się swoimi problemami.. Nawet kiedy pojawia się ten czas to najchętniej szukamy kolejnej aktywności byleby nie zostać sam na sam ze sobą.. Otaczamy się ludźmi, mamy całą masę zajęć a jak ich nie mamy włączamy telewizor, muzykę czy zagłębiamy się w internet.. Prawda jest taka, że cisza w życiu statystycznego człowieka występuje tylko podczas snu..
Kiedyś czytałam o pewnych badaniach w których badani mieli do wyboru 15 minut siedzenia w ciszy w pustym białym pomieszczeniu bez okien lub być „pokopanym” prądem niskiego napięcia. Całkowita większość badanych wolała być pokopana prądem, choć wiązało się to z bólem. Dla mnie jest to szokujące! Ludzie boją się ciszy jak ognia! Boją się zostać sam na sam ze sobą..

Ja nie odstawałam wtedy od tej statystycznej grupy ani na krok!

Cały czas w ruchu, cały czas z ludźmi wokoło.. cały czas coś robiłam.

Wesoła i energiczna. Tak bym siebie opisała.. Świetnie maskowałam swoje problemy. Podczas pierwszej delegacji mieszkaliśmy z kilkoma osobami i dziećmi więc cisza też mi nie groziła.

Dopiero delegacja w Niemczech pokazała mi co to jest cisza. Z dnia na dzień wylądowałam w zupełnie innych warunkach niż te jakie znałam. W dzielnicy daleko centrum, za to blisko lasu.. Tylko ja sama w mieszkaniu, telewizor z kilkoma niemieckimi kanałami i dawkowany internet.. Dodatkowo Czarek pracował wtedy po kilkanaście godzin na dobę!

Cisza tak wielka , że aż w uszach dzwoniło.. Tak mi się wtedy wydawało.. Ale o tym jak bardzo się myliłam przekonała mnie delegacja Japońska kilka miesięcy później..

Kiedyś o tym pisałam .. Wylądowałam w dalekiej Japonii i przez pierwsze 2 tygodnie nie miałam internetu. Co oznaczało, brak kontaktu nie tylko z mężem, ale i rodziną i przyjaciółmi, z którymi kontakt był i tak utrudniony przez zmianę czasu. (Poczytaj o tym tu „dwa tygodnie offline w Japonii”

Tak więc ja osoba z problemami (kto ich nie ma) wylądowałam w ciszy, daleko od przyjaciół, rodziny.. Ze światem którego nie znam.. Czy jest coś gorszego dla takiej osoby jak ja?? Zostałam wyjęta ze swojego małego bezpiecznego świata, z otoczenia ludzi do zupełnie nowego, pustego, obcego miejsca..
Od razu dodam, że to było 8 lat temu kiedy Japonia nie była popularnym kierunkiem a moja wiedza na temat tego kraju kończyła się na „pamiętnikach gejszy” . Bez kitu!
Nie byłam osobą lubiącą zmiany. Ohh łagodnie to powiedziałam.. Trzymałam się kurczowo wszystkiego co stałe i znane.. Jak dodasz do tego problemy wewnętrzne, jak te z samoakceptacją i poczuciem własnej wartości (oczywiście miałam też całą masę innych.. ) ,niepokój i stres to masz obraz osoby, którą wtedy byłam. Głośna, energiczna, wesoła na zewnątrz.. W środku za to roztrzęsiona, z niskim poczuciem własnej wartości, pragnąca akceptacji i miłości.
Taka o to ja wylądowała najpierw w Niemczech.. Ale z kontaktem z rodziną i przyjaciółmi oraz w świecie , który minimalnie znałam ( to wszak Europa). A potem w Japonii..
Już w Niemczech miałam ręce pełne roboty z pracą nad sobą.. Choć wtedy robiłam to nieporadnie i nieświadomie.. Wtedy rozpoczęłam projekt 10tysięcy. Niemal codziennie, wychodziłam i robiłam około 10 tysięcy kroków. Mieszkaliśmy wtedy w okolicy lasu więc to właśnie tam najczęściej można było mnie znaleźć.
Uczyłam się także organizować sobie czas. Uczyłam się żyć w ciszy i z ciszą.. Uczyłam się żyć sama ze sobą.. A co najważniejsze uczyłam się także żyć z Czarkiem. Większość naszego wspólnego życia był w delegacji.. Tak naprawdę się nie mieliśmy czasu na dotarcie i wspólne życie. Przed ślubem nie mieszkaliśmy razem a lekko po ślubie Czarek wyjechał w delegacje, które ciągnęły się przez 1.5 roku . Podczas tego okresu widywałam go raz na miesiąc przez kilka dni.. Nastąpił zatem kryzys.. A receptą na niego miały być wspólne delegacje..

tak więc w Niemczech byliśmy po kryzysie i na nowo próbowaliśmy posklejać nasze życie.. Wtedy wydawało mi się, że jest trudno..

Jednak to Japonia rzuciła mnie na głęboką wodę.. Cała ta pierwsza wyprawa była dla mnie trudna. Choć na zewnątrz tego nie pokazywałam.. Pierwsza długa wyprawa, trzeci lot samolotem w życiu..
Nowe miejsce, nowa kultura, nowe jedzenie , samotność i cisza to chyba najgorsza kombinacja dla takiej osoby jaką wtedy byłam.. Dodaj do tego jetjag!
Mój nastrój był kiepski.. spokojnie mogę go nazwać szarym..
Wizja pobytu 3 miesięcznego w tych „niesprzyjających” warunkach mnie przerażała. Nie wiedziałam wtedy jeszcze o mojej chorej tarczycy, sercu i kolanach..
Dziś wiem , że i tarczyca mogła również mieć wpływ na mój stan psychiczny..

Dosłownie sama..

Na moje uczucie osamotnienia wpływały też relacje z innymi osobami, które jak się okazało były bardzo płytkie.. Moje wyjeżdżanie zweryfikowało dla kogo jestem ważna.. Bo jak byłam pod ręką to miałam wielu „przyjaciół”, ale jak kontakt ze mną wymagał większego wysiłku (napisania maila, sprawdzenia czy jestem w kraju) to urwało się całe mnóstwo kontaktów.. To mnie w tamtym czasie mocno podłamało.. Bo z tłumu wokół mnie zrobiło się pusto.. Zostało kilka osób i one są ze mną do dziś..
Teraz wiem, że nie ilość się liczy a jakość.. i wolę mieć 2-3 przyjaciół, ale takich dla których jestem ważna..

Koktajl emocjonalny

To jak wiele osiągnęłam podczas tych pierwszych dwóch lat delegacyjnych jest zdumiewające. Choć w tamtym czasie nie było to dla mnie takie oczywiste..
Możesz uwierzyć lub nie.. Zanim zaczęłam wyjeżdżać z moim mężem płakałam w poduszkę. Z bezsilności i tęsknoty za nim.. Zaczęłam wyjeżdżać z nim, bo nasz związek nie miał już innej opcji przetrwania.. ale podczas pierwszej wizyty w Japonii płakałam w poduszkę przez to , że tam jestem..
Z jednej strony byłam szczęśliwa, że jestem z nim..że widać światełko w tunelu dla naszego związku oraz , że mam szansę być w Japonii.. a z drugiej to wszystko mnie przerosło. Byłam słaba, bezsilna, samotna i chciałam być w domu… Później byłam na siebie zła , że zamiast się cieszyć to szukam dziury w całym.. i tak non stop mieszanka skrajnych uczuć..
Sama Japonia po pierwszej wizycie mi się nie podobała.. wydawała mi się „małojapońska”..
Ale co się spodziewać po kimś w moim stanie psychicznym.. Byłam wtedy ogólnie na nie, miałam w sobie dużo złości, smutku i mało energii..
Byłam wyrwana ze swojego małego bezpiecznego świata.. I byłam zła na cały świat, że moje życie nie jest standardowe..
Jak patrzę na to po tylu latach myślę, że miałam coś na kształt depresji..(nie mogę powiedzieć, że miałam depresję, bo nie zostałam zdiagnozowana)
Co z resztą widać po moich zdjęciach..



Kilka rzeczy miało wpływ na to, że jakoś się w tego stanu wykaraskałam..

Po pierwsze moja ciekawość świata.. nawet w tak kiepskim stanie psychicznym była w stanie mnie wyciągnąć z domu.. tylko po to by zobaczyć co jest ulicę dalej.. Choć nie myśl, że z entuzjazmem..
Przez dwa pierwsze dni spoglądałam na świat i moją ulicę z okna.. tak jakby miała mnie zjeść.. Bałam się wyjść.. Pierwszy raz wyszłam z mężem na zakupy.. kolejnego dnia cały poranek biłam się z myślami.. ale wyszłam..
I tak każdego kolejnego dnia zmuszałam się do wyjścia.. wypychałam się z domu na siłę.. Dobrze, że pogoda choć grudniowa sprzyjała.. Tylko słońce zachodziło koło 16-17 więc nie miałam dużo czasu.. W okolicach zachodu słońca zaszywałam się już na dobre w domu włączałam telewizor , oglądałam całe 5 kanałów po japońsku i śmiałam się nic nie rozumiejąc..
Od 17 wydreptywałam ścieżki w mieszkaniu , czekając na męża.. Nie rozmawiałam z nim o tym co się ze mną dzieje. Z resztą jak miałby zrozumieć coś czego ja nie rozumiałam.. ?? Jak mogłabym mu wtedy powiedzieć, że nie jestem szczęśliwa?? Ukrywałam to przed nim i tak naprawdę nawet przed sobą.

Fotografia.. wciąż i stale to mój motor napędowy!
Wychodziłam, ale tylko z apartem w ręce. Z nim czułam się bezpieczniej.. Z nim miałam cel. Po powrocie mogłam fotki przejrzeć i obrobić.. to było moje zajęcie. Przez obiektyw patrzałam na świat, przez obiektyw wydawał się piękniejszy, bardziej oswojony.. W czasie tej podróży zrobiłam 10 000 zdjęć! Większość z nich utraciłam( padły mi dwa dyski w jednym czasie) Nie pomogło odzyskiwanie danych.. Mam tylko garstkę z tego okresu. Tak jakbym miała zapomnieć ten szary czas..

Natura.. myślę, że to właśnie to w największym stopniu pomogło i pomaga mi dziś udźwignąć problemy.. W Niemczech chodziłam do lasu.. Szum drzew rozwiewał trochę moje myśli..
W Japonii często chodziłam na plażę gdzie obserwowałam morze i ptaki.
Dziś wiem, że wtedy pierwszy raz w życiu medytowałam.. Tak samo działały na mnie wizyty w świątyniach.. Siadałam w nich i siedziałam w ciszy nieraz godzinę.. W milczeniu, nasłuchując szumu drzew i czerpiąc ze spokoju jaki w tych miejscach był..
Na plaży pomimo zimy często wystawiałam instynktownie twarz do słońca.. łapiąc witaminę D i korzystając z terapeutycznego działania samego światła.. Rozmawiałam także z Posejdonem.. Pewnie wielu z was się teraz uśmiechnie.. Ale tak bardzo wtedy byłam samotna i tak bardzo potrzebowałam pomocy, że rozmawiałam z Posejdonem.. Czyli morzem ale tak naprawdę rozmawiałam ze sobą.. w instynktowny sposób próbowałam sama sobie pomóc..

Blog.
W tamtym czasie założyłam bloga na platformie bloog.pl , która już dziś nie istnieje. Pisałam tam głównie o Japonii i publikowałam zdjęcia.. nie byłam gotowa na takie wyznania jak na tym blogu.. Musiało upłynąć trochę czasu..

Jednak to pisanie mnie motywowało. Pisałam o tym jakie jest szkolnictwo w Japonii, o pozycji kobiet czy o tym co jedzą..Szukanie ciekawych rzeczy pochłaniało mój czas..a dodatkowo rozwijało!
Wrzucałam fotki dla rodziny i znajomych, bo przez 7 godzinną zmianę czasu trudno mi było się z nimi kontaktować. Nie było wats’upów i Viberów.. miałam tylko maila, facebooka i skypa.. Blog dawał mi taką małą przestrzeń własną i zajmować czas.. Ale także ograniczał ilość pytań i rozmów. Po krótkiej rozmowie z rodziną mogłam ich odesłać na bloga i nie dyskutować o tym jak mi się tam podoba..

Po jakimś czasie do kolegi Czarka dojechała żona. W taki sposób miałam przynajmniej do kogo otworzyć buzię.. Nie zmieniło to i nie usunęło moich problemów.. Odciągnęło jedynie troszkę moją uwagę i zmniejszyło poczucie osamotnienia.


Pół roku później odbyła się druga delegacja do Japonii.. Już wiedziałam z czym się to je.. Wracaliśmy do tego samego mieszkania, tego samego miasta.. Jednak wciąż nie uporałam się z własnymi problemami, wciąż nie radziłam sobie znakomicie z ciszą.. Podeszłam do tego z większą rezerwą i mniejszym entuzjazmem.. Doskonale wiedziałam , że delegacja to trudny kawałek chleba.. Ale znowu stanęłam przed wyborem albo jadę albo nie widzę męża przez pół roku.. I pojechałam na 3 miesiące.. stanęło na czterech.. znowu chodziłam na plażę.. tym razem było ciepło.. koniec lata, początek jesieni.. dłuższe dni.. Minimalnie bardziej się otworzyłam.. Z każdym dniem minimalnie lepiej zaczęłam sobie radzić.. I doszłam do etapu, że cisza mi już nie przeszkadzała! Nie wiem dokładnie w którym momencie.. Po prostu z coraz większą przyjemnością spędzałam czas sama ze sobą.. Coraz mniej szukałam ucieczki..

Do dziś z wielkim sentymentem wypominam te wprawy.. Rozpoczęła się wtedy moja wielka zmiana, od tego momentu nic już nie było takie same.. Choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.. To były dla mnie przełomowe momenty.. Mogłam wtedy powiedzieć nie nadaję się do życia w delegacji i wrócić do domu.. Ale od lotniska dzieliła nas bardzo długa droga, którą musiałabym pokonać sama.. Co mnie chyba bardziej przerażało niż zostanie tam..
Mogłam już nie wracać do Japonii. Mogłam powiedzieć, że spróbowałam i to nie jest dla mnie.. I tak robi wiele żon delegacyjnych.. Jedzie raz, spotyka się z tą przerażającą przepaścią nad którą trzeba balansować i się wycofuje..
Niewiele jest kobiet, które jeżdżą z mężem w delegacje/prace za granicą..
A jak już któraś spróbuje to najczęstsza opinia z jaką się spotkałam to „ja się do tego nie nadaję” .. I wolą żyć na odległość, bo takie życie znają i w takim czują się lepiej.. Dlaczego więc ja nie zrezygnowałam?

Mogliście myśleć, że od razu czułam , że to moje powołanie.. jak widzicie nie..

Druga delegacja do Japonii to drugi rok naszego wspólnego wyjeżdżania a czwarty małżeństwa.. I wtedy choć było lepiej to wciąż nie czułam się do tego przystosowana i powołana..

Dwa lata samotności, zmagań, łez..Tak, łez…
Dwa lata ciężkiej walki.. Walki z samotnością, depresją i sobą.. Znajdywanie codziennej siły, by wstać z łóżka.. codziennej motywacji, by wyjść z domu..

Mogłam powiedzieć, że się poddaję.. I wiele razy miałam ochotę.. ale pamiętałam dlaczego to robię.. Pamiętałam mój płacz w poduszkę podczas rozłąki w domu.. nasze wielomiesięczne rozstania .. I pamiętałam pozew o rozwód, który był już wydrukowany..

Dodatkowo pomyślałam sobie, że skoro ja tak ciężko przeżywam te delegacje to co musi czuć mój mąż od którego dodatkowo wymaga się pracy.. Wstawienia się na drugi dzień w zupełnie obcym środowisku w miejscu pracy..Umiesz sobie wyobrazić, że dziś jedziesz do Azji /Afryki/ Ameryki a jutro idziesz do pracy? Ja nie. Podziwiam go za to.

Pomyślałam jak on bardzo musi się czuć samotny jak wraca do pustego mieszkania.. Jak bardzo nie chce mu się ugotować ciepłego posiłku.. Jak bardzo trudno zasypia mu się kolejną noc z rzędu w łóżku w którym nikt nie czeka.. Jak mu smutno kiedy czyta smsy ode mnie , że jestem na urodzinach, na kawie z przyjaciółkami czy idę na imprezę..
Jak trudne muszą być weekendy.. które zazwyczaj przesypiał..
Mój mąż nigdy się nie skarżył..

A przecież robił to dla nas..

Wiedziałam , że jak się poddam to nasze małżeństwo dobiegnie końca.. Dlatego postawiłam wszystko na jedną kartę i robiłam wszystko, by się udało! Krok po kroku, nie myśląc ile jeszcze przede mną..

I tak w pewnym momencie dni z szarych zrobiły się kolorowe.. ale dużo później. Dziś wiem , że musiałam przejść tę drogę.. Bo była to moja droga rozwoju.. moja ścieżka do bycia tym kim jestem dziś.. I dziękuję sobie, że się nie poddałam..
Dlaczego Wam to piszę??
Bo wiem , że życie delegacyjne bywa trudne. Zarówno te z związku na odległość jak i te razem w delegacji. Wiem , że wiele z was dziennie się z takim życiem mierzy.. O choć może wam się wydawać, że ja mam łatwiej.. tak nie jest.. przebyłam długą drogę.. Myślę, że jest ona dostępna dla każdego kto chce..
Piękne fotki z instagrama na każdym kroku przekonują nas jak to inni mają fantastyczne życie.. Pamiętajcie, że zawsze jest druga strona medalu.. I każdy bez wyjątku mierzy się z własnymi problemami.. Że nie ma idealnych ludzi, związków i życia.. Każdy ma swoje problemy którymi się nie chwali..

Dziękuje Posejdonowi, że mnie słuchał 🙂
I dziękuję ptakom, które towarzyszyły mi każdego dnia na plaży..
I dziękuję duchom, które się mną opiekowały..
I dziękuje wam, że tu jesteście.. Choć nie jest was wiele motywujecie mnie do pracy, robienia zdjęć i pisania! A w życiu delegacyjnym motywacja do działania jest jedną z najważniejszych!
Oto dziś mogę powiedzieć.. odbyłam długą lekcję i zrozumiałam..
Życie trwa i kolejne lekcje na mojej drodze.. dziś patrzę z większą ufnością w przyszłość.. dziś wiem , że mogę na siebie liczyć..
Dziś spokój i cisza są we mnie..

Odpowiedź do artykułu “Kiedy dni stają się szare.. czyli trudne początki delegacyjnego życia..

  1. Pingback: Sześć prostych sposobów na walkę ze spadkiem nastroju i depresję – Work Love Travel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *