Work Love Travel

Pot, krew i.. kilka szwów. Czyli Indyjskich zmagań delegacyjnych ciąg dalszy..

Poranki kojota

Kolejny upalny, słoneczny dzień – standard indyjski. Nic nie zapowiadało, by ten dzień miał być inny niż poprzednie. Ot, pobudka ok. 6: 00, krótka przebieżka ulicami miasta do umówionego „bus-stopu”. Kolejne 45 min jazdy w busie – na nieszczęście wyposażonego w klimę i na jeszcze większe nieszczęście – ustawioną na minimalne minimum, czyli może jakieś 15 st. To oznacza, że po wejściu ze świeżego powietrza o temp. 35-40 st. człowiekowi jest naprawdę zimno. Aczkolwiek większość pasażerów (głównie Włosi o dziwo) była szczęśliwa możliwością schłodzenia się. Standardowo już zajmowałem ostatnie miejsce – jak najdalej od klimatyzacji. 
W pracy kolejne 20 minut rozbudzania się po drzemce w busie i najlepsza chwila poranka- shot gęstego jak smoła espresso. Przyrządzone z użyciem oryginalnej, świetnej jakości włoskiej kawy, przez Włochów, we włoskich kawiarkach, z włoską mocą -dawało takiego kopa, że sam Asterix wywaliłby swój magiczny kompot jako przereklamowany (chyba że bazuje on właśnie na espresso (?)).

Kolejne 5minut spaceru z biura polowego na halę fabryki, gdzie rodziło się w bólach nasze dziecko – cała linia produkcyjna – i można było zacząć dzień kolejnych wyzwań przy odbieraniu porodu.

 Ot, dzień jak co dzień. Poranek jak każdy.

Bunt maszyn

Tego dnia, jak już kilka poprzednich, próbowałem dogadać się z pewnym robotem/automatem i zmusić go do wykonywania tego, co ja chcę i jak chcę. W sumie nawet zaczęliśmy się dogadywać. 

„W pewnym jednak momencie – jak to w pracy automatyka-programisty bywa, zaszła potrzeba zakasać rękawy i przemówić językiem „młotka i buta”. Inaczej „uparte cielę z małym, automatycznym móżdżkiem” zrozumieć nie chciało. I tu zaczyna się historia wspomnień, jakich nikt inny nie ma.”

Otóż podnosząc się z pozycji zgiętego w pół parobka uderzyłam z całym impetem w to „automatyczne cielę”. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że chwilę wcześniej spadł mi z głowy kask. Koniec końców, automat pokazał mi „fuck you” a ja „nadziałem się” na jego środkowy palec samym czubkiem głowy. Po policzeniu gwiazd, jakie zobaczyłem i podniesieniu się z pozycji modlitewnej, stwierdziłem, że nie jest źle – nie takie guzy się nabijało. Ale, ups, guz chyba raczej tylko guzem nie był, skoro podłoga zaczęła wyglądać jak przedsionek rzeźni. W dalszym ciągu przekonany (albo mający nadzieję), że nie jest tak źle – wszak co to jest małe draśnięcie – zacząłem też przekonywać o tym Hindusa, który przyszedł z pomocą.

Kiedy już Hindus dobry Samarytanin zaczął dość obrazowo opisywać to co widzi, tamując przy tym dłońmi krwawienie – zorientowałem się, że chyba sytuacja jest ciut bardziej skomplikowana. Na szczęście czaszka była cała – tak przynajmniej stwierdził Hindus .  Ale zaraz dodał, że nie ma opcji żeby bez szycia się obeszło.

No cóż, tego właśnie było mi trzeba – wizyty w hinduskim szpitalu na chirurgii…


Dr. Frankenstein i Edward Nożycoręki

No i zaczął się ciąg myśli: jestem w „dziwnym” kraju, moja głowa jak i dłonie po dniu pracy do najczystszych nie należały, podobnie ręce dobrego Samarytanina. Z przemywaniem rany też średnio szło. Nie mówiąc o tym, że bardziej niż zabrudzone dłonie martwiła mnie sama woda, o której nasłuchałem się już wcześniej niemało, nawet od lokalnych. Czyli suma summarum pytanie: „ile jeszcze czasu mi zostało na tym świecie”. A kolejna sprawa – nawet jeśli przeżyję tutejszą chirurgię na 100% zabije mnie przyszła żona.

Dość sprawnie moi włoscy przełożeni zorganizowali transport taxi i tymczasowy opatrunek, ażeby za wiele sprzątania nie było po drodze. Również wszelkie koszty, również potem – pokryte zostały przez firmę włoską, której podwykonawcami byliśmy.

Tu zaczyna robić się ciekawie.

 Izba przyjęć szpitala wyglądała niczym hall hotelu, lub raczej motelu z recepcją na środku i sporą przestrzenią w części zastawioną łóżkami. Wyglądało to tak jakby brakowało miejsc na salach. Ale jednak miało to swój sens, o którym miałem się zaraz przekonać. Po uporaniu się z papierkową robotą (stosunkowo proste procedury), nakazano mi usiąść na jednym z łóżek. Pomyślałem, że zapewne po toby dokonać wstępnych oględzin przed przyjęciem mnie na oddział.

 Pierwsze zdziwienie: wokół łóżka zasłonięto parawan a’la zasłona wokół prysznica i voila- prywatna, jednoosobowa sala szpitalna gotowa (plus gwar za zasłoną, ale kto by tam słuchał).
Zdziwienie, czy raczej zaskoczenie kolejne: do mojej prywatnej jednoosobowej „sali”wszedł człowiek wyglądający jak uliczny golibroda. I faktycznie – miał on za zadanie przygotować mnie do zabiegu. To po to te „niby sale” -pomyślałem – żeby przygotować pacjenta. Sądziłem, że nieco skróci włosy w miejscu rany. Gdy jednak golibroda wyciągnął brzytwę (nie zauważyłem skąd) już na serio zacząłem odliczać godziny mojego życia, zaraz po tym jak zacząłem liczyć ilość pacjentów, których mógł tą brzytwą obsłużyć przede mną.

Lekkiego szoku doznałem, gdy koniec końców skończyłem z fryzurą wypisz wymaluj braciszek Tuck z Robina Hooda. Dodajmy, że na ponad miesiąc przed moim ślubem. A najlepsze, że za usługę tą musiałem jeszcze zapłacić jak za standardową wizytę u fryzjera.

 Tak czy owak w końcu dotarł do mnie lekarz. Czekałem, aż zostanę przyjęty na salę operacyjną. A tu kolejne niemałe zdziwienie – cały czas na tej sali byłem. Generalnie okazuje się, że każda z „sal” (lub też ich część) pełniła rolę w zależności od potrzeb danej chwili i była też odpowiednio wyposażona. Ręka lekarza zrobiła mi RTG manualnie.. czyli pomiział mnie palcem po gołej czaszce.. Ot jaki kraj taki rentgen..
Tak czy owak czekałem, aż lekarz zabierze się za cerowanie mojej głowy. Tyle, że po 5 minutach zniknął (?). Kolejne 5 minut potem pojawił się z dwojgiem młodych gniewnych, chętnych do pracy ludzi. No i proszę – tak stałem się obiektem praktyki chirurgicznej hinduskich studentów. Na szczęście włosy kiedyś odrosną, więc było mi wszystko jedno jak mnie połatają.

Sama procedura była dość zaskakująca: wszelkie narzędzia, medykamenty i przybory potrzebne studentom do „zabawy” były dostarczone jako komplet w sterylnym opakowaniu. Taki zestaw-pakiet chirurgiczny, pełny komplet tego, co mogło być potrzebne do wykonania mniejszych i średnich zabiegów chirurgicznych.Studenci zabrali się do rozpakowywania „zabawek”. Najpierw fiolki i strzykawki ze znieczuleniem i standardową szczepionką przeciw tężcowi (o ile zrozumiałem). Potem „zestaw naprawczy” a na koniec opatrunkowy. Nie minęło 10 minut a już byłem jak nowy. Dodatkowo z antybiotykiem w ręce.

Szczerze mówiąc byłem pod wrażeniem sprawności studentów jak i ogólnego funkcjonowania izby przyjęć. Może nieco niekonwencjonalne z punktu widzenia Europejczyka, ale czyste i sterylne. I dość szybkie: cała wizyta zajęła jakieś 30 minut

Od razu byłem zwarty i gotowy na kolejne dni pracy..

Tak też zaczęła się niezamierzona tradycja „kolekcjonowania” szwów na głowie i wizyt na chirurgii w różnych krajach.

Kilka dni później, już po zdjęciu opatrunków, stwierdziłem, że w roli mnicha raczej się nie spełnię. Żeby móc spokojnie wyjść na ulicę i wyglądać choć w połowie normalnie, zdecydowałem zrobić się permanentnie na bóstwo i zaszaleć z fryzurą. Z pomocą kolegi i jego ekwipunku fryzjerskiego wyczarowaliśmy na mojej głowie elegancką zapałkę – niemalże zero absolutne.

Drapiąc się po łysinie zadawałem sobie nieustannie jedno pytanie natury egzystencjalnej: „na ile zdąży to odrosnąć do czasu powrotu do domu?” (czyli w lekko ponad miesiąc)…


Poniżej zdjęcia głowy.. I mojej mnisiej fryzury..  Wrażliwym nie polecam 🙂

Tu już naocznie możecie stwierdzić, że moje spotkanie z maszyną nie było takie delikatne.. Tak prezentował się mój uczes na dwa miesiące przed ślubem – reakcja żony na zdjęcia: bezcenna:). A  opatrunkiem na głowie upodabniałem się do lokalnych stylizacji 🙂

Odpowiedź do artykułu “Pot, krew i.. kilka szwów. Czyli Indyjskich zmagań delegacyjnych ciąg dalszy..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *