Work Love Travel

Delegacyjne perypetie inżyniera czyli jak przetrwałem kwartał w Indiach..

Wyprawa ta miała miejsce ponad 10 lat temu. Mimo, że niektóre szczegóły zacierają się w pamięci, z kilku powodów była ona na tyle ciekawa, by Wam o niej opowiedzieć..

Po pierwsze był to mój pierwszy wyjazd służbowy „większego kalibru „. Taka faktyczna delegacja. Nie dość, że Indie, to jeszcze w planach nieprzerwany pobyt minimum 3 miesięczny.

Po drugie – byłem jedynym delegowanym przez firmę. Co stawiało przede mną dodatkowe wymagania i zadania.

A po trzecie, chyba najciekawsze – miało to miejsce tuż przed naszym ślubem (wróciłem 3-4 tyg. przed planowaną datą).

Pewnym ułatwieniem redukującym ewentualny stres był fakt,że podróżowałem z kolegą.  W zasadzie razem przygotowywaliśmy sporą część projektu jako współpracujący inżynierowie z dwóch różnych firm podwykonawczych. Tak się złożyło, że kolega wracał po krótkiej przerwie w Polsce do Indii tego samego dnia i tym samym lotem, którym ja podróżowałem. 

Zastanawiałem się, od czego zacząć i które epizody będą najciekawsze i chyba najlepiej będzie zacząć od początku – od lotniska.

            Lotnisko..

 Dla kogoś, kto wcześniej nie miał okazji obcować z klimatem „tropikalnym” nie lada zaskoczeniem było już samo wyjście z samolotu na płytę lotniska. Toż to istny pralnio-sauno-piekarnik. Człowiek rozgląda się co jakiś czas nerwowo w poszukiwaniu tej „mokrej ściery” którą niemalże czuje się na twarzy.  

Wilgoć i duchota towarzyszące na każdym kroku. Z czego wilgoć jest najmniej przyjemna. Łącznie z tym, że ubrania po praniu nigdy nie dosychają. A tego „nie widać, nie słychać, ale definitywnie czuć”. Co by nie mówić ja akurat jestem ciepłolubnym, a nawet upałolubnym stworzeniem. Gdyby tylko nie ten zapach..

Moją superszybką aklimatyzację tropikalną zniweczył jednak świetny wynalazek ludzkości – klimatyzacja!. O tak! Na świeżym (ehh gdyby nie ten zapach..) powietrzu całkiem przyjemny klimat tropikalny tuż przed porą deszczową (40S st. 90% wilgotności). A w pomieszczeniach? Klimatyzacja ustawiona na tryb „igloo”. Na płycie lotniska upał, w budynku chłód (ale i wilgoć, bo przecież dywany muszą być). Przed terminalem znowu gorąc, w aucie chłód, potem gorąc i znowu chłód w hotelu. Przez całą drogę i połowę pobytu zastanawiałem się nad jednym: czy Oni wiedzą do czego służy to małe, tajemnicze pokrętło z numerkami i że nie musi być ono skręcone maksymalnie w lewo??

Mi właściwie wystarczyła już w zasadzie zepsuta klima w samolocie, działająca na przemian w skrajnych ustawieniach (podczas 8h lotu),żeby odchorować tygodniowe przeziębienie. Na szczęście tylko przeziębienie.

            Hotel..numero uno

Tak, tak – hoteli było więcej. Tu historia powinna mieć chyba własny rozdział.

Po dwu i pół godzinnej podróży z lotniska zmęczony dotarłem do hotelu.. Pierwszy, zorganizowany online przez firmę okazał się hotelem na miarę mocnych 2 gwiazdek, zlokalizowanym w odległości „całego miasta” od trasy busa firmowego mającego nas zabierać do pracy.

Zanim wysiadłem z taxi – a dodajmy, że był środek nocy -dwa razy zapytałem kierowcy czy aby to jest właściwy adres. Kolega dopytał raz jeszcze. Po czym dobre trzy razy rozejrzałem się czy nie ma nic podejrzanego w najbliższej okolicy. Poza kilkoma miejscowymi przypominającymi rzeźników po pracy, rozkraczonym tuk-tukiem i kolejnymi jegomościami, którzy dopalając papierosy bacznie obserwowali „małego, białego” chłopca  wysiadającego z taxi – wszystko było w należytym porządku. Uspokojony wynikiem rekonesansu udałem się do hotelu, słysząc jeszcze w tle rzucone przez kolegę z taxi „no to powodzenia..”. Minąłem w progu hotelu Hindusów dopalających papierosy, i rzuciwszy krótkie spojrzenie na „rzeźników” udałem się do recepcji.

Z reguły nie mam zbytnich wymagań co do zakwaterowania -może być to nawet namiot jeśli jest to konieczne. Ale raz – był to mój pierwszy większy wyjazd służbowy, dwa – w głowie perspektywa pobytu 3 miesięcy, trzy -bardziej skomplikowany dojazd do pracy, który i tak po późniejszym zoptymalizowaniu zajmował 45-60 min, cztery – naprawdę średnio przyjemna okolica, przynajmniej w moim odczuciu, no i pięć – skoro może być lepiej, to czemu obniżać sobie standard 3 miesięcy życia. Zacząłem już kombinować w głowie jak tu wytłumaczyć przełożonym chęć zmiany lokum. Jak się okazało – pierwsze wrażenia były dopiero początkiem ciągu zdziwień i zadziwień. Właściwie hotel ten powinien nazywać się „siedem.. zdziwień”. Okazało się, że żadna rezerwacja na moje nazwisko czy też dane firmy nie istnieje a miejsc wolnych brak. Środek nocy, wokoło ludzie żywcem z Indyjskiej wersji miasteczka Twin Peaks, taksówkarzowi już dawno pomachałem na „do widzenia”. Sam w „dziwnym” kraju z walizką w ręku, laptopem na ramieniu i perspektywą spędzenia nocy.. no właśnie, gdzie? W chwili przypływu adrenaliny i trzeźwego myślenia sięgnąłem po wizytówkę hotelu, którą dał mi wcześniej kolega przy okazji jednej z rozmów. Mieszkał tam wcześniej i zachwalał. Wykonałem telefon i udało się zabukować pokój – bez zbędnych pytań typu: „na jaki okres czasu” czy „w jakiej cenie”. Grunt że nocy nie musiałem spędzić na ulicy. Standardowo w recepcji poprosiłem o zamówienie taxi. I tu – jakże by inaczej – kolejne zdziwienie czy nawet dwa.

Pierwsze – kierowca zjawił się po chyba 2 minutach. Drugie – okazało się, że był to po prostu znajomy znajomego pracownika recepcji, tudzież szwagier brata znajomego pracownika recepcji. Tak czy owak wyjechał prywatnym samochodem z prywatnego garażu mieszczącego się przy hotelu i z uśmiechem na twarzy otworzył drzwi auta, wcześniej pakując moje bagaże. Przez chwilę zadawałem sobie pytanie :”wsiadać, nie wsiadać?”. Ale ostatecznie stwierdziłem, że cóż złego miałoby się stać w środku nocy w „taxi” w towarzystwie nieznajomego Hindusa, wiozącego mnie i mój dobytek przez pół miasta. Kierowca okazał się nad wyraz uprzejmy. Prawdopodobnie też zadbał o urozmaicenie drogi i obrał trasę krajoznawczą, jak to w przypadku przewozu nieświadomych turystów bywa. Tak czy inaczej dotarłem do drugiego hotelu. Zdziwienie jednak na tym się nie skończyły. Ostatnie w związku z hotelem numero uno miało miejsce, gdy kilka dni później dowiedziałem się, że za transport przepłaciłem co najmniej 10 krotnie, a może i więcej. Nawet dostałem odręcznie nagryzmolony niby-rachunek. Cóż – wrażenia bezcenne, do dzisiaj.

            Hotel numero due..

Ten okazał się być na nieporównywalnie wyższym poziomie,w lepszej, choć nie idealnej lokalizacji. Z tym, że również cena zakwaterowania podskoczyła. To z kolej nie koniecznie podobało się mojemu przełożonemu, choć na szczęście nie robiono dużego problemu z tygodniem pobytu. Właściciel (bądź manager – kto tam wie) pamiętał kolegę, więc jak tylko usłyszał, że jestem z Polski, zostaliśmy „najlepszymi przyjaciółmi”. Prawdopodobnie miał ich wielu. Niemniej jednak podejście bardzo pozytywne. Poczynając od darmowej kawy z rana po obniżonej cenie w wieczornym menu.

Hotel bardzo przyjemny, aczkolwiek jak wspomniałem – nie najtańszy.

Ostatecznie, już na własną rękę na miejscu obdzwoniłem kilka hoteli. Nawet właściciel/manager obecnego dopomógł znaleźć tańszą konkurencję. Zarezerwowałem pokój w jednym z nich i tak znalazłem się w hotelu numer 3 – już ostatecznym.

            Hotel numero tre..

Hotel w małej, nieco tajemniczej uliczce. Ale na tyle spokojnej by nie stresować się zbytnio. Zresztą po tygodniu szukania ostatecznego lokum i zaaklimatyzowaniu się w mieście poczułem się już o wiele pewniej. Standard zupełnie ok, cena zupełnie zadowalająca każdego i lokalizacja niemalże idealna z punktu widzenia dojazdów – niedaleko miejsca zakwaterowania kolegów z Włoch, z którymi dojeżdżałem do pracy. Do tego okazało się później,że zarówno pracownicy recepcji jak i kuchni/restauracji byli super mega elastyczni. Z recepcją mogliśmy negocjować takie sprawy jak np. pralnia a z kuchnią oczywiście posiłki. Mówię „my”, ponieważ po ok. miesiącu dołączył do mnie kolega z firmy.

Jeśli chodzi o restaurację – ogólnie indyjska kuchnia jest bardzo smaczna. Ale po 2 miesiącach nawet i smaczne może się znudzić.Pewnego dnia postanowiliśmy z kolegą ponegocjować z kelnerem i kucharzem i spróbować im wyjaśnić jak zrobić polskiego schaboszczaka z ziemniakami. Chyba prostszego dania nie dało się wybrać. Ot, kawał świni i ziemniaki plus pierwsze lepsze warzywo. Po półgodzinnych objaśnieniach poszliśmy doprowadzić się do stanu wyjściowego po pracy, a chłopaki z kuchni zabrali się za nasze schabowe.Jakież było nasze zdziwienie, kiedy kelner przymaszerował do stolika z płonącą tacą. Podano nam ziemniaki (podpiekane w ziołach), super smaczne warzywa w wydaniu hinduskim (że to niby nasza sałatka do schaboszczaka) i mięso (o ile mnie pamięć nie myli – drób lub jagnięcina) na płonącej tacy właśnie. Do tego standardowo garlic naan – moja miłość i kilka innych przystawek. Na odchodne kelner z nieśmiałym uśmiechem pod wąsem zapytał „czy o to chodziło”. Tak,tak! Oczywiście, wszystko 100% tak jak zostało przez nas objaśnione. Byliśmy szczerze zadowoleni.  Prawdę mówiąc”schabowego” w takim wydaniu i postaci jeszcze nie jadłem. A że kucharze podali nam roboczą nazwę dania, co jakiś czas mogliśmy je zamówić. Z tym, że za każdym razem dostawaliśmy inną wariację (jak komu wyszło). Ogólnie okazało się, że spokojnie można „zamawiać” dania spoza karty metodą”a niech nas Pan zaskoczy czymś innym”.

Idąc tym tropem postanowiliśmy któregoś wieczoru zamówić też piwo „wyboru dowolnego”. Jak się okazało – żaden problem. Po prostu kelner wziął gotówkę na zasadzie pre-order, śpiesznym krokiem udał się do sklepu obok (notabene a’la monopolowy) i przyniósł zamówione piwo. O ile mnie pamięć nie myli – nawet nie doliczał za specjalnie za usługę.

Ot, małe plusy permanentnego mieszkania w tym samym hotelu ponad 3 miesiące i szczęścia do ludzi nad wyraz elastycznych. Pewnie tamtejsze podejście do gości „nasz klient, nasz pan” też nie pozostaje bez znaczenia. No chyba, że do dziś przeklinają na dwóch upierdliwych dziwaków zawracających im głowę przez 3 miesiące.

            Praca..

Cóż.. To już drogie „dzieci” opowieść na inny czas..
Tymczasem wrzucam kilka zdjęć z tego kolorowego kraju..
Po więcej zdjęć klikajcie TU.

Odpowiedź do artykułu “Delegacyjne perypetie inżyniera czyli jak przetrwałem kwartał w Indiach..

  1. Pingback: Samotny inżynier w Indiach – Work Love Travel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *