Work Love Travel

Dwa tygodnie off-line w Japonii.

Chciałam Wam opowiedzieć, jak czasem trudne bywają delegacje.. I jak się od siebie różnią.. nawet te w tym samym miejscu..

Kilka lat temu wylądowałam w odległej Japonii, dojechałam tam do mojego męża, który aktualnie odbywał tam kontrakt a wyleciał tydzień wcześniej. Podróż była długa i pełna emocji.. Leciałam drugi raz w życiu (!) z kolegą Czarka, który leciał pierwszy raz w życiu (!) i którego widziałam pierwszy raz na oczy 🙂 Wcześniej leciałam tylko tanimi liniami na krótkim odcinku a tu trzy loty z czego jeden olbrzymim Boingiem z dwoma posiłkami, herbatką i kawką i 11 godzinami w górze.. Poza podróżami samolotami czekała nas jeszcze podróż do miasta w którym mieliśmy zamieszkać. W ręku mieliśmy „instrukcję” jak dostać się z lotniska do tego małego przemysłowego miasteczka..
Dzieliły nas jakieś 4 podróże pociągami, zmiany stacji.. i schody, schody, schody.. z dwoma walizkami i plecakiem, który ważył 10 kilo i torbą (to moje bagaże, Wojtek miał swoje)
Schody w dół, schody w górę.. czasem ruchome, czasem oldschoolowe.. Nie mieliśmy czasu na szukanie windy.. Pociągi, którymi mieliśmy w planach podróżować były ostatnie aż do rana.. A tu zmiana stacji, kup bilet , znajdź miejsce, wysiądź na właściwej stacji.. I to wszystko z tym całym taborem walizek..widząc nowy ‚Świat’ pierwszy raz na oczy..

Dojechaliśmy kiedy panowała już ciemna noc, z dworca odebrał nas uśmiechnięty Japończyk.. Był grudzień zatem było chłodno a w samochodzie, którym rozwoził nas do naszych „domów” było lato! Jak się okazało Japończycy tak już mają.. Grzeją na maxa jak jest zimno i chłodzą na maxa jak jest ciepło:) Z auta niewiele zdołałam zobaczyć. Było ciemno, byłam zmęczona.. Po dojechaniu pod niewielki budynek mąż przywitał mnie z olbrzymim entuzjazmem.. Tak się cieszył, że jestem.. I że wykonałam taki „milowy krok”.. Weszłam do mieszkania na parterze w którym unosił się dziwny zapach słomy i siana. Do dziś pamiętam ten zatykający w pierwszym kontakcie zapach nowego tatami.. Mieszkanie było w gruncie rzeczy puste. Trzy pokoje wyposażone w : stoliczek niski, stół na dwie osoby i dwa krzesła, łóżko, niewielka szafka z telewizorem oraz w kuchni zlew z kuchenką i lodówką. W każdym pokoju była zabudowana szafa. Do tego łazienka i toaleta oraz pralka. TYLE. Po szybkim ogarnięciu wzrokiem terenu mój mąż w pełnych emocjach chodził za mną i pytał jak mi się podoba.. Co najmniej jakbyśmy zamieszkali w wersalu.. Targały mną mieszane uczucia.. Radość z tego, że jestem w Japonii, zdziwienie warunkami w jakich będzie mi dane mieszkać .Wcześniej mieszkaliśmy w pełni wyposażonych mieszkaniach w Niemczech, w których można było poczuć namiastkę domu..

Tu weszłam do pustego mieszkania i czułam .. pustkę.. Przerażenie..

Byłam przerażona.. i to uczucie towarzyszyło mi przez jakiś czas.. Dodatkowa informacja o tym, że w mieszkaniu nie ma internetu, i , że zainstalują go dopiero za 2 tygodnie wcale mi nie pomogła..

Następnego dnia po moim przylocie mój mąż rano wyszedł do pracy.. Obudziłam się w zimnym mieszkaniu i pozostawiona sama sobie czułam , że chcę wrócić do domu.. Chciało mi się płakać.. Nie mogłam zadzwonić do mamy i poudawać jak tu jest cudownie.. Mówić głośno , żeby się nie martwiła. Mówić, że będzie super.. tak, by i siebie o tym przekonać.. Wstałam i mogłam zrobić prawdziwy rekonesans mieszkania i tego co za oknem.. Okna nie miały zasłon ani firan. Okno sypialni wychodziło na betonowy płot sąsiada.. Od którego dzielił mnie metr.. Duże okna z salonu i pokoju tatami wychodziły na niewielką (moją) uliczkę i domy sąsiadów.. Czułam się jak w szklarni.. albo w oknie wystawowym.. Zjadłam śniadanie.. i musiałam uporać się z ciszą.. i przerażeniem..

Pierwsze dni, choć myślę, że tygodnie były dla mnie błądzeniem dziecka we mgle.. Wahaniami od zachwytu poprzez przerażenie i zawiedzenie.. Z perspektywy czasu myślę, że dopadło mnie coś na kształt depresji.. a dobiły mnie moje oczekiwania względem Japonii ..

Przez cały dzień nie miałam kontaktu z Czarkiem a całe dwa tygodnie  z rodziną.. Ani z .. nikim.. Siedziałam sama na drugim końcu świata w pustym mieszkaniu.. Uwierzcie mi, że pierwszy dzień był dla mnie koszmarem.. Nie pamiętam czy w ogóle wyszłam z mieszkania.. Przyjechałam na tyle późno, że nie zdążyliśmy omówić tego co , gdzie i jak.. Dodatkowo wizja spędzenia tam Świąt Bożego narodzenia i Sylwestra oraz w sumie 3 miesięcy świdrowała mi w głowie tak, że nie umiałam usiedzieć.. Przechodziłam z jednego pokoju do drugiego próbując znaleźć sobie miejsce.. Włączyłam telewizor.. żeby go oglądać musiałam siedzieć na podłodze.. zatem rozłożyłam sobie koc na podłodze i „przeleciałam” przez całe 6 kanałów. Jak się domyślacie wszystkie były po Japońsku.. Dobrze, że zabrałam ze sobą kilka książek.. Wypełniły mi pierwsze dni.. Choć miałam tak niespokojne myśli, że trudno było mi się skupić na czytaniu..

Słońce w tym czasie w Japonii zachodzi dość wcześnie. Z tego co pamiętam między 4.30 z 5 wieczorem było już ciemno.. Oczekiwanie na powrót męża z pracy było katorgą.. siedziałam przy oknie czekając na podjechanie auta.. Czekałam na niego jak na zbawienie..
Pierwszego dnia po jego powrocie z pracy poszliśmy razem do sklepu.. Co też było dla mnie magią.. Późny wieczór a ja musiałam zebrać produkty, które posłużą mi do zrobienia kolacji i lunchu dnia następnego.  Błądziłam między półkami jak szalona, nie rozumiejąc ani jednego opakowania.. Trzeba wysilić wszelkie zmysły, by zrobić porządnie zakupy.. Z resztą poczytajcie o tym TU w artykule o zakupach w japońskim sklepie.

Kolejnego dnia odważyłam się wyjść z domu. Poprzedniego dnia szliśmy na zakupy pieszo tak więc najbliższą okolicę miałam rozpoznaną. Choć muszę Wam powiedzieć , że dojście do naszego domu wcale nie było takie proste. Mieszkaliśmy w gąszczu niewielkich ulic z domkami.. Lewo, prawo , lewo, prawo.. Można było stracić orientację.. Zatem każde moje wyjście było opatrzone olbrzymim skupieniem..

Podczas pierwszych spacerów i ogólnie podczas całej pierwszej delegacji czułam się w tym mieście trochę jak ufoludek.. Ludzie bardzo zwracali na mnie uwagę. Nasze miasteczko było oddalone od turystycznych szlaków i było miastem przemysłowym. Myślę, że niewielu turystów (czy nieazjatyckich twarzy) tu zaglądało.. o ile jacyś w ogóle.. A ja pomimo iż jestem niewysoką szatynką zwracałam na siebie uwagę z kilometra.. Z kilometra ktoś dostrzegał , że nie jestem Azjatką.. Było to dziwne uczucie tak zwracać na siebie uwagę..

Któregoś z pierwszych dni przywieźli zasłony i firany więc można było poczuć się w tym mieszkaniu przytulniej i nie jak na wystawie.. Poczułam większą swobodę.. do pełnej chyba podczas tego wyjazdu nie doszłam..Popołudniami oglądałam serial japoński i wiadomości próbując zgadnąć o czym mogą mówić..W ciągu dnia czytałam książki i oglądałam seriale, które ściągał mi podczas pracy mąż.. I każdego dnia poznawałam coraz dalszą okolicę podczas spaceru..
To były długie samotne godziny..

Odkryłam , że w sklepach stacjonarnych są katalogi sklepów wysyłkowych i od tego momentu zawsze zabierałam je ze sobą do domu i z pasją przeglądałam!
Moja kuchnia.. Największa jaką miałam podczas wszystkich podróży do Japonii.. Zorganizowałam w niej kilka imprez 🙂 W tym sylwestra dla chyba 8 osób!

Zastanawiacie się w czym pomaga internet i dlaczego tak bardzo doskwierał mi jego brak z początku? Zostawałam w mieszkaniu sama na wiele godzin, bez znajomości języka (japońskiego rzecz jasna) , bez znajomości terenu, kuchni (produktów) .. właściwie czegokolwiek.. Nie wiedziałam w którym kierunku jest morze a w którym dojdę do miasta.. Nie miałam kontaktu z mężem, rodziną, przyjaciółmi.. Muszę szczerze powiedzieć, że ludzie wiele lat temu mieli ciężki życie.. Te delegacyjne.. Mężczyzna wyjeżdżał na kontrakt daleko od miejsca zamieszkania i jedyne co mógł to raz na czas zadzwonić.. Dramat!
No więc ja.. kobieta już bardzo przyzwyczajona do korzystania z dobrodziejstw XXI wieku wylądowałam w dalekiej Japonii bez kontaktu ze „światem” i zostając w dużej mierze sama.. Dni nawet z dostępem do internetu potrafią się w delegacji ciągnąc niemiłosiernie.. A te bez niego to mały koszmar 🙂 Obecnie dużo się pokazało filmów o Japonii, są też programy dokumentalne i jest instagram.. Ja byłam w Japonii w 2011 roku.. To jest 7 lat temu.. Uwierzcie mi , że jedynym filmem jaki widziałam o Japonii były „Pamiętniki Gejszy” . A moim zmartwieniem przed wyjazdem było „co ja tam będę jadła?” . Może wam się to wydać śmieszne.. Ale tak bardzo niewiele wiemy o tych dalekich krajach.. Do dziś wiele osób myli mój pobyt w Japonii z Chinami.. I twierdzi, że to bez różnicy.. Tak więc wylądowałam na obcej ziemii z przerażeniem, brakiem wiedzy i brakiem internetu.. Miałam ze sobą książkę ‚Tatami kontra krzesła’ i ona pozwoliła mi trochę zrozumieć i oswoić nowe..

Zainstalowanie internetu dało mi jakieś poczucie spokoju. Tego, że mam kontakt z mężem. Wiem o której wróci z pracy, co będziemy robić po jego pracy. Mogłam poszukać miejsc do zwiedzania i kontaktować się z rodziną. To nawet posiadając internet nie było proste, bo różnica czasu 7 godzin robiła swoje.. Moja mama musiała wstawać godzinę wcześniej do pracy żeby ze mną porozmawiać.. Internet to także wypełniacz czasu jakiego potrzebowałam.. Mogłam oglądać filmy i seriale , dzielić się z przyjaciółmi i rodziną zdjęciami.. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać.. Wyszukiwałam najróżniejsze rzeczy na temat Japonii .. Zaczęłam wtedy pisać bloga (został niestety zlikwidowany), na którym dzieliłam się zdjęciami, ale przede wszystkim informacjami o Japonii. Można tam było znaleźć artykuły na temat pozycji kobiet w Japonii, szkolnictwa, systemu pracy, podróżowaniu, obyczajach, spędzaniu świąt itd.. Przez internet sprawdzałam także tłumaczenia produktów. Np. na święta chciałam zrobić tradycyjny dla Japońskich świąt tort. Jako, że nie mieliśmy piekarnika, kupiłam gotowe spody tortowe, owoce i krem w proszku. Według rysunków wiedziałam jak mam go zrobić, ale jedyna informacja, która nie była mi znana to jakiego mleka mam użyć do zrobienia kremu. Porównując znaczki (kanji) z różnymi wersjami wpisywanymi w google tłumacza dowiedziałam się, że chodzi o mleko zimne. Życie z dostępem do internetu jest prostsze. Szczególnie to daleko od domu. Teraz jego brak pewnie mniej, by mi mniej doskwierał.. Jednak w tamtym czasie byłam niedoświadczona w podróżowaniu, byciu małżeństwem delegacyjnym i byciu samym ze sobą.. To były moje początki i skok na bardzo głęboką wodę..
Ale wtedy miałam do wyboru.. zostać w domu i widzieć się z mężem za 3-5 miesięcy lub więcej.. Albo jechać z nim na 3 miesiące.. Ledwo odkopaliśmy się z kryzysu.. zaczęliśmy wychodzić na prostą.. nie chciałam wracać do punktu wyjścia.. Zapytaliśmy o możliwość mojej podróży i pobytu wraz z mężem. Ponieważ organizacja zakwaterowania kontrahentów była nieco skomplikowana, koniec końców mąż zorganizował mieszkanie dla nas oboje sam z pomocą przebywających już w Japonii kolegów. Wydawało się to szansą życia! Trzy miesiące w Japonii za cenę biletu i wyżywienia ! Koszty nie były i tak takie niskie i wcale nie mieliśmy mnóstwa oszczędności, ale to było dla nas mniej ważne. Woleliśmy nie odłożyć żadnych pieniędzy, ale być razem i razem zwiedzać Japonię.

Odkrycie drogi do morza (Japońskie morze wewnętrzne) i plaży dało mi więcej siły.. Chodziłam na plażę niemal codziennie.
Pogoda w grudniu jest bardzo różna od ciepłych 15′ do bardzo zimnych z 0′ a przy tej wilgotności i wietrze to było przeszywające zimno!
Wpatrywałam się w morze i szukałam ukojenia.. To, plus robienie zdjęć pomogło mi przetrwać najgorsze.. Nie mam wielu zdjęć w tego czasu.. Podczas kolejnej wizyty wysiadły mi dwa dyski i wszystkie zdjęcia poszły gdzieś w eter..

Początki zawsze są trudne.. ten mój był dla mnie krokiem milowym.. Skokiem na głęboką wodę.. Ale z każdym dniem było coraz lepiej.. Coraz lepiej czułam się w Japonii i sama ze sobą.. To była praca nad sobą i wraz z sobą, praca nad emocjami i problemami, którą wtedy rozpoczęłam..
Japonia jest głęboko w moim sercu.. Z resztą to była pierwsza z 4 podróży do tego miejsca.. 

I choć podczas tych pierwszych dwóch tygodni czułam się jakby ktoś mi wyrwał serce i porzucił w obcym miejscu .. to chyba tylko po to, by zrobić miejsce na nowe .. otwarte, odważne i pewne tego, że zawsze da sobie radę!

Ta delegacja dała mi bardzo dużo.. przede wszystkim uzmysłowiła mi z czym musi się zmagać mój mąż wyjeżdżając w każde nowe miejsce.. Przecież skoro ja czuję przerażenie to i on pewnie się stresuje.. dodatkowo dzień po przylocie zazwyczaj idzie do pracy..do nowych ludzi..nowego miejsca.. często musi zająć się  projektem którego nie zna bardzo dobrze, bo dołączył tylko na ten etap..

Mężczyźni nie mówią takich rzeczy, ale myślę, że każdemu jest ciężko daleko od domu w obcym świecie..


3 odpowiedzi do artykułu “Dwa tygodnie off-line w Japonii.

  1. Pingback: Japońska codzienność 2 – Work Love Travel

  2. Pingback: Święta w Japonii – Work Love Travel

  3. Pingback: Kiedy dni stają się szare.. czyli trudne początki delegacyjnego życia.. – Work Love Travel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *