Work Love Travel

Delegacja, która zmieniła moje życie!

Piosenka, która towarzyszyła Nam w tej wyprawie.. Włącz ją, podczas oglądania zdjęć. Niech Cię niesie tak jak Nas!

 

Delegacja, która zmieniła moje życie czyli moja pierwsza delegacja. To od niej wszystko się zaczęło.. Pierwszy raz się odważyłam.. zrobiłam krok milowy w naszym życiu i naszym związku.. Od tego momentu nic już nie pozostało takie samo..
Nie mogła mi się chyba trafić lepsza pierwsza delegacja jak ta w Szwajcarii.
Dlaczego?
To Europa.. Więc nie było szoku kulturowego.
Jest pięknie.. Szwajcaria mnie uwiodła!
Jest spokojnie. Nie musiałam się martwić o bezpieczeństwo.
Było na krótko. Pierwsza delegacja nie powinna być bardzo długa..
Do wszystkiego trzeba się przygotować, oswoić się z nowym trybem życia.. Z czasem, samotnością..
Nie skaczcie od razu na głęboką wodę.. Chyba, że musicie.. Długa pierwsza delegacja może Was zniechęcić na długi czas.. Możecie poczuć, że to nie dla was.. Ale to nie musi być prawda.. Wyjazd za granicę z mężem/partnerem to olbrzymi krok i olbrzymia zmiana.. Nie można jej dokonać z dnia na dzień. To proces. Daj sobie na niego czas.. Oswój się i uporaj z lękami..

Szczerze.. gdyby moja pierwsza delegacja odbyła się do innego miejsca i na dłuższy okres (choć nie chciałam wracać do domu ze Szwajcarii) to kto wie.. może moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej!

 

Nasze małżeńskie życie zaczęło się z mocnym przytupem kiedy mój mąż został wysłany w 3 miesięczną delegację do Indii na 4 miesiące przed naszym weselem..

To był nasz test.. test życia na odległość. Muszę powiedzieć, że test poszedł nam dobrze. Codziennie rozmawialiśmy pomimo innej strefy czasowej. Dużo pracowałam i cieszyłam się młodością wychodząc ze znajomymi lub opiekując się kotem którego zakupiłam przed samym wyjazdem Czarka.. Tęsknota była olbrzymia, ale bliskość ślubu i zajęcia z tym związane wypełniły mój czas po brzegi.. Po ślubie pojawiły się pomniejsze i krótsze delegacje aż pojawił się on.. Projekt gigant w Szwajcarii.. Olbrzymi projekt trwający długo i wymagający dużego nakładu pracy.. Mój mąż był oczywiście jednym z wielu uczestników projektu. Ten projekt był drogą przez mękę. Przed samym jego początkiem wprowadziliśmy się do nowego mieszkania i na szybko próbowaliśmy je urządzić tak, by dało się w nim żyć.. (I chodzi tu o przyziemną kuchnię a nie obrazki na ścianie) Po czym wyjechał..Przyjeżdżał raz na miesiąc na kilka dni..I tak przez bodajże 1,5 roku.. a ja sama urządzałam nasze mieszkanie.. sama uczyłam się życia na „swoim” (wcześniej mieszkaliśmy z treściami czekając na mieszkanie) , sama poznawałam otoczenie. Nie pracowałam już i szukałam sobie zajęcia w postaci prowadzenia własnej firmy. Po pewnym czasie bardzo mocno zaczęłam odczuwać brak obecności mojego męża..Dobrze mi było samej.. choć bardzo go kochałam to ..na odległość!

Jego powroty zaczęły mnie bardziej drażnić niż cieszyć.. szczególnie, że on chcąc wynagrodzić mi brak obecności godził się na każdy mój pomysł i chętnie obsypywał prezentami.. Ja potrafię łatwo „wejść komuś na głowę”. Potrzebuję godnego „przeciwnika” , takiego co ma swoje zdanie,osobowość, pasje i ich broni. A w Czarku zaczęło się to rozmywać..
No  i burzył mój ład domowy.. MÓJ ..
Wielokrotnie mówiłam mu , że nie daję rady tak dalej.. Dawałam sygnały , że zmierza to w złym kierunku..Bo w dzień sobie radzę a w nocy płaczę do poduszki.. Przykro mi było jak słyszałam , że on tak wychodzi do knajpki z kolegami choć sama nie stroniłam od towarzystwa znajomych.. Przeszliśmy przez różne etapy i fazy odległościowe..
Aż dotarliśmy do skarpy.. z której nie było powrotu.. Nasz kryzys był tak duży, że tylko my wiemy jak niewiele dzieliło nas od rozwodu..( ale to  wiecie z postu o nas.. ) Mąż wielokrotnie proponował mi bym do niego do Szwajcarii przyjechała.. Ale..

No właśnie.. ALE…
ale się bałam..
ale myślałam to nie dla mnie..
ale to tu miałam ‚całe’ życie..
ale miałam firmę..
co mnie stresowało?
co ja tam będę robić.. że będę musiała spędzać czas i mieszkać z obcymi dla mnie ludźmi.. że się nie dogadam..że przecież on tam dużo pracuje.. i nie będzie mieć dla mnie czasu..że rodzina.. przyjaciele tutaj..
I w sumie nie wiem co dalej.. takich „ale” pewnie było mnóstwo.. ale to same głupoty jak się okazuje.. Żadnych faktów.. Żadnych realnych przeszkód..

 

Ale znad skarpy nad którą się znaleźliśmy było tylko jedno wyjście.. zbudować most.. Mój mąż wreszcie usłyszał moje wołania o zmianę, o pomoc.. i zaproponował zmianę pracy i powrót do domu..
Tak też miało być. Zaimponował mi.. walczył o mnie , kiedy ja się poddałam..

 

Pojawiła się prośba od głównego kontrahenta (ze Szwajcarii) ,by dokończył to co zaczął. Miało to trwać 4 miesiące.. ostatnie cztery miesiące.. zgodziłam się..
Skoro on zrobił krok w moją stronę to ja nie chciałam zaprzepaścić szansy dla naszego małżeństwa i postanowiłam pojechać z nim na kawałek czasu..
I przepadałam!

Był bodajże marzec albo kwiecień.. Polska jeszcze wciąż szara..budząca się do życia po zimie..
Podróż zaplanowaliśmy autem.. Tak było taniej i teoretycznie łatwiej, ale to ponad 1300 kilometrów.. Wyruszyliśmy w niedzielę planowo mieliśmy być w nocy.
Całą drogę po stronie Szwajcarskiej jechaliśmy nocą więc nic nie widziałam.. Rano mój mąż wyszedł do pracy a ja wstałam, wykąpałam się, wyszłam na taras i ..oniemiałam! Widok na Alpy, pełne słońce i zieleń.. Cały pierwszy dzień spędziłam na dworze, co odczuła moja skóra na twarzy mieniąc się wszelkimi odcieniami czerwieni..

Nie mogłam się nacieszyć!

Cóż to była za delegacja.. Mieszkaliśmy z dwoma kolegami Czarka z firmy. Do jednego z nich przyjechała na urlop żona z dzieciakami, więc miałam towarzystwo.. W ciągu dnia spacerowałam i robiłam zdjęcia a popołudniami zwiedziliśmy okoliczne miejscowości i spędzaliśmy czas wspólnie całą ferajną.. Oglądając filmy, grając w gry i śmiejąc się.
Weekendy dodawały mi skrzydeł gdyż wyjeżdżaliśmy na dalsze wycieczki po których coraz bardziej zakochiwałam się w tym miejscu..
Przyznam , że nawet dziś jak patrzę na te zdjęcia robi mi się ciepło na sercu.. I chętnie, bym tam wróciła..

Było wokół nas sporo osób. W domu w którym mieszkaliśmy w sumie było nas 7 wraz z dziećmi. Było gwarno i nikt nie cierpiał na samotność. Szczególnie ja. Dodatkowo Szwajcarzy okazali się przesympatyczni i witali na ulicy serdecznym uśmiechem lub wesołym dzień dobry!
Ten wyjazd, był też takim naszym odbiciem się od dna kryzysu.. Po naprawdę trudnych chwilach taka nagroda w postaci pięknego miejsca i wspólnego czasu..

Było mi tam tak dobrze, że nie chciałam wracać do domu!
Chciałam więcej, chciałam dłużej..
Musieliśmy wrócić do domu , gdyż zbliżały się Święta Wielkiejnocy oraz mój mąż zmieniał miejsce zamieszkania po nich.
Ale muszę Wam powiedzieć, że po tej delegacji mieliśmy taki „haj”, że przez dłuższy czas mieliśmy pomysł, by się do Szwajcarii przenieść na stałe, lub na dłuższy projekt..
Niestety nie pojawił się żaden a oferty pracy dla Czarka też nie były zadowalające..
Tak musiało być!

Po tym wyjeździe byliśmy napełnieni radością z bycia razem.. z bycia prawdziwym małżeństwem.. Wiedzieliśmy, że da się to posklejać!

Ale pierwsza delegacja to nie tylko my i nasze emocje.. to także nowa sytuacja z którą trzeba sobie poradzić..
Więc jak to jest z tą pierwszą delegacją..??
Jak ją wspominam to chce mi się śmiać czasami..Byliśmy młodzi i nieokrzesani.. 🙂
Posłuchajcie faktów pierwszej delegacji..

Pół bagażnika jedzenia!
Otóż podczas pierwszej delegacji na 3 tygodnie zabraliśmy pół bagażnika jedzenia.. Jedzenia oznacza słoików, weków kupnych i własnych oraz suchy prowiant..
Nie wiem nawet czemu.. Robiłam takie mężowi, żeby nie musiał gotować i żeby było taniej ( był młody i leniwy.. teraz jest tylko leniwy :P) więc jak jechaliśmy razem też je spakowaliśmy.. Oczywiście gotowałam tam sama więc większość z nich wróciła z nami do domu..

Siedem osób na pokładzie!
Właśnie w tyle osób mieszkaliśmy w co prawda dużym domu, ale dla mnie był to duży kompromis..
Teraz nie zdarza nam się mieszkać z nikim.
Myślę, że na pierwszą delegację to był dobry start. Dom był duży. Każdy miał swój pokój, były dwie łazienki i spora kuchnia.. Teraz nie zdecydowałabym się chyba na taką sporą ekipę, ale na tamten moment to było ok i miło wspominam towarzystwo.

Spanie na ziemi!
„Dostaliśmy” pokój z łóżkiem piętrowym, które było bardzo niewygodne i małe .. ale jako , że przeżywaliśmy drugą młodość związku wyciągnęliśmy materace spaliśmy na podłodze i cieszyliśmy się , że możemy być razem!
To się nie zmienia do dziś.. dla „bycia razem” zgadzamy się na pewne niedogodności.. W Japonii spaliśmy na malutkim łóżku przez 2 miesiące..

Autem przez pół Europy!
Do Szwajcarii jechaliśmy autem prawie 1400 kilometrów.. Zdarzało nam się później jechać jeszcze do Niemiec równy 1000,  ale obecnie rzadko nam się zdarza podróżować autem takie trasy. Po pierwsze nasze wyjazdy są dalsze, po drugie to strata czasu, a po trzecie to strasznie męczące!

Nienasycona!
Jak na osobę, która ok.2 raz jest za granicą i pierwszy raz tak niewakacyjnie, a życiowo okazałam się dosyć ogarnięta i odważna.. wychodziłam na miasto, robiłam zakupy.. choć niewiele rozumiałam.. Miejsce gdzie mieszkaliśmy było francuskojęzyczne i choć ja 3 lata uczyłam się tego języka w zderzeniu z żywą mową nie było lekko..

Fotografia to moja rzecz!
Mój pierwszy wyjazd z aparatem. Choć jakieś zdjęcia wcześniej już robiłam to był pierwszy wyjazd z lustrzanką.. Od tamtego momentu zrobiłam krok milowy! Robię coraz lepsze zdjęcia i podczas wyjazdów to aparat jest moim najlepszym przyjacielem.

Pierwsze koty za płoty! Pierwsza delegacja się udała!

Wróciłam do domu i już wiedziałam, że takie życie może być fajne.. Ba! ja byłam tego pewna..
Później przyszły trudniejsze chwile..i zderzenie z trudną rzeczywistością.. ale to jest temat na inny post..

 

Teraz popatrzcie dlaczego Szwajcaria leży głęboko w moim sercu..
I wyobraźcie sobie , że jedziecie początkiem deszczowej chłodnej wiosny do takiego miejsca.. Można się nie zakochać??

 

Mój widok z tarasu..

Ta piosenka już na zawsze będzie kojarzyć mi się z tym miejscem.. W powiewem wiatru, pięknymi widokami i ciepłem słońca na twarzy..

Odpowiedź do artykułu “Delegacja, która zmieniła moje życie!

  1. Pingback: Kiedy dni stają się szare.. czyli trudne początki delegacyjnego życia.. – Work Love Travel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *