Work Love Travel

Czasowypełniacze po męsku i nienoworoczne postanowienia.

Co robić, gdy nie ma co robić? Odwieczne pytanie egzystencjalne, szczególnie podczas wyjazdów w pojedynkę. Wir pracy (którą nawiasem mówiąc ogólnie lubię) to jedno, ale co po pracy? Można obejrzeć jakiś dobry, najlepiej odmóżdżający film. Wytężania umysłu mam pod dostatkiem w pracy, więc rozrywka po niej musi być prosta jak konstrukcja łomu, a aktywność mojego mózgu musi sprowadzać się co najwyżej do kontroli bezwładnego wycieku śliny podczas siedzenia na kanapie, tudzież do uzupełniania płynów w szklance. Głównie wody lub kawy, czasem odrobinę czegoś mocniejszego. No i ogólnie takie zapełnianie czasu, gdy nie ma co robić jak najbardziej mi odpowiada.

Ostatnio jednak, nie wiedzieć czemu zrobiłem sobie małe podsumowanie mojego wykorzystywania czasu. I co wyszło? O zgrozo masakra. Gdybym czas ten wykorzystał np. na siłowni – dziś po kilku latach można byłoby śmiało mówić mi Arni. Albo gdybym czas ten wykorzystał do np. nauki języków, nawet metodą domową – pewnie dziś dogadałbym się w połowie Europy, a może i w Azji (Japoński wcale nie jest taki skomplikowany). Że już nie wspomnę o wykorzystaniu tego czasu do gromadzenia wiedzy np. na temat finansów – pewnie niemalże nie musiałbym już pracować. Może to fakt, że się starzeję, a może sam wynik powyższych podsumowań, coś w każdym razie sprawiło, że zacząłem nieco inaczej patrzeć na tryb życia jaki prowadzę i możliwości jakie daje (ograniczenia to inny temat). Wcześniejsze słowa i propozycje żony jakoś słabo do mnie trafiały. Najwidoczniej jednak sam musiałem jakoś do tego dotrzeć.

Stwierdziłem, że trzeba zacząć wykorzystywać czas, jaki mam dla samego siebie będąc poza domem. Raz, że można się rozwinąć w dowolnym, nieograniczonym kierunku, a dwa że wyjazdy będą szybciej i produktywniej mijać. Zresztą, czas spędzany w domu też za specjalnie nie był przeze mnie dobrze gospodarowały. Owszem – zawsze jest sporo zajęć w domu i ogrodzie, milion pomysłów, remontów i napraw. Ale nie mogę powiedzieć, żeby były one wykonywane w optymalnie zaplanowany sposób (tu moja szanowna małżonka się ucieszy, że poniekąd przyznaję jej rację i sam się chłostam za karę). Poza tym czas wolny, który też w domu istnieje, wykorzystywany był w podobny sposób jak ten po pracy na wyjeździe. Choć w mniejszym stopniu, bo żona „biały kask” (żartobliwie kolor kasku szefa ekipy) zawsze czuwa, nigdy nie wiadomo, z którego konta wylezie.

Tak czy owak w myśl powiedzenia „jak nie masz czasu to wymyśl sobie zajęcie dodatkowe a zobaczysz, że czas sam się znajdzie” postanowiłem zastanowić się, co i jak mogę dla siebie zrobić. Pewnie to zastanawianie się trwałoby nieco dłużej, ale i tu trigerem okazała się moja druga połówka. Otóż zapisała się na siłownię – że niby chce się przygotować kondycyjnie i fizycznie do sportów zimowych. Przerażenie numer jeden: ok, myślałem o siłowni, ale ja strasznie nie lubię męczyć się fizycznie dla samego męczenia się. Co innego jakaś robota na odmóżdżenie: drobny remont skutkujący totalną demolką pomieszczenia, jakieś roboty z drewnem czy w ogrodzie. Ale żeby tak męczyć się tylko po to żeby się męczyć? Przerażenie numer dwa (po czasie) – ja pierdziele!, przecież kto z nią będzie te sporty zimowe uprawiał – no jasne, że ja. A ja tak nienawidzę zimna, śniegu za kołnierzem, lodu w gaciach..! Masakra. Z ekstremalnych sportów zimowych jedynie uprawiałem za młodu lepienie bałwana, ewentualnie łyżwy, najlepiej pod dachem.
Przerażenie numer trzy. Żona z bagażem chorób, trudności i przeciwwskazań była w stanie się zmobilizować, a ja nie. Będzie głupio jak jej na tym stoku nie dogonię..

Zacząłem więc uczęszczać na siłownie. A że miałem za sobą drobny epizod z siłownią milion lat temu, łącznie z zauważalnymi efektami po 3 miesiącach (czyli ogólnie dobre predyspozycje – szczególnie że mam brata Kena), popchnięty wizją wyglądu a’la młody Arni tudzież a’la mój brat rodzony (może mam chociaż z pół genu z nim wspólnego) pomówiłem z trenerem personalnym i od kolejnego dnia zaczął się trening – póki co ogólny siłowy ale..ehh jak ja nie lubię się męczyć bez powodu. Niemniej jednak efekt po 2 tygodniach był taki, że zmęczenie fizyczne, szczególnie po pracy umysłowej stało się niezłą odskocznią. Opuszczenie treningu zaczęło być dziwną myślą. Po drugie, wreszcie robię coś dla siebie, do czego zbierałem się od czasów pierwszej wojny światowej prawie. Po trzecie – mamy z żonkilem wspólne zajęcie – nawet kiedy jesteśmy osobno. Ogólnie wkręciłem się, również w nieco lepsze odżywianie – choć akurat pod tym względem od dawna już starałem się w miarę dbać o siebie. Niemniej jednak teraz mam dodatkową motywację, by na wyjeździe również nie iść na łatwiznę żywieniową co czasami się zdarzało.

Idąc za ciosem zaczęło się chodzenie na basen. To akurat zawsze lubiłem, ale jakoś tak czasu nie było, może też siły. Jakiś czas temu dodatkowo amatorsko zainteresowałem się free divingiem. I suma sumarum zorganizowanie czasu na basen (i ogarnięcie samego basenu w okolicy) było kwestią czasu. Oczywiście freediving póki co pozostaje na etapie bardzo amatorskim, niemniej jednak postępy są, jak na mnie to nawet znaczne. Dodatkowo doskonalenie pływania też jest niezłym zajęciem. Zawsze potem można błysnąć na basenie podczas urlopu.

 

Idąc ponownie za ciosem robienia rzeczy dla siebie:  z początkiem kolejnego sezonu letniego przyszedłczas na motocykl. Prawko mam od paru ładnych sezonów (sprezentowane zresztą przez mojego żonkila – bo też nie umiałem się zmobilizować). Motocykl też od paru ładnych lat jest w moim posiadaniu. Tyle, że spośród kilku już sezonów najlepszym był pierwszy: motocykl miałem w Hamburgu, gdzie pracowałem. Jeździłem naprawdę sporo. A potem kilka projektów w miejscach gdzie transport motocykla nie ma sensu a z wynajmem jeszcze gorzej (Japonia, RPA..) i na parę następnych sezonów jeżdżenie poszło w zapomnienie. Nawet kiedy przebywałem przez krótkie okresy czasu w kraju to albo pogoda kiepska, albo nie było celu jazdy (a jazda bez celu to jak męczenie się dla samego męczenia na siłowni), albo chwilami się po prostu nie chciało. Efekt był taki, że podczas epizodycznych przejażdżek zacząłem się czuć na motku mniej pewnie niż w pierwszym sezonie. Ale skoro ogarnąłem siłownie to czemu nie motocykl na nowo. Jako, że obecny projekt wypadł w Niemczech, długo nie myśląc zorganizowałem transport i voila.

Koniec końców zamiast glonojada na kanapie obecnie czas dzielę pomiędzy siłownię (3 razy w tyg.), basen (ok 2 razy w tyg.) i moto przejażdżki (weekendy). Tak jak wysiłek dla samego wysiłku i oczywiście dla własnego organizmu tak i moto przejażdżki dla samych przejażdżek stały się zupełnie ciekawą formą spędzania czasu. Szczególnie, że celem samym w sobie jest przejechanie zaplanowanej/wylosowanej trasy, ewentualnie zabawa na parkingu no i zdobywanie doświadczenia dla samego siebie. Do tego szybko odzyskałem komfort i płynność jazdy .Nie wspominając o zadowoleniu, że nie będzie kolejnego zmarnowanego sezonu. Dodatkowo będzie argument dla żony, kiedy wspomnę jej o chęci wymiany motocykla 🙂

 

Chciałbym  też rozeznać kilka tematów finansowych i biznesowych. Rozwinąć się bardziej w tym temacie. Nie jest łatwo zacząć, bo generalnie tematy te są nudne do potęgi, choć czasem potrafią być zajmujące. Niemniej jednak rozwój w tej materii na pewno jest mega pozytywną sprawą. Podobnie jak z nauką języka. Może też w końcu zmobilizuję się i zacznę uczyć się kolejnego poza angielskim. Żona od lat namawia mnie na kurs niemieckiego, którego znajomość prawdę mówiąc przydałaby się w znacznym stopniu. Można jeszcze trochę powyliczać,że mam wiele planów i wiele marzeń i tonę pomysłów, ale teraz już wiem, że trzeba się zebrać i zacząć je sukcesywnie realizować! Wystarczy zacząć a machina ruszy jak domino.

Podsumowując – po kilku latach doszedłem do jednego wniosku: czas się zmobilizować i pomyśleć o sobie – w każdym aspekcie. Jak to ktoś mądrze kiedyś powiedział: człowiek nie żyje po to żeby pracować, człowiek powinien pracować po to żeby móc żyć tak jak chce.

A Ty co ostatnio dla siebie zrobiłeś?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *